Od razu szczerze uprzedzę: zakładam wątek, żeby się wyżalić
Goście nie mogą oglądać obrazków w postach. Zarejestruj się klikając tutaj aby uzyskać pełen dostęp do forum.
Nic przez to nie uzyskam, nie poprawię, nie zmienię, ale się wyżalę...
Dziś w Warszawie w godzinach późno-wieczornych i nocnych pojawiła się dość gęsta mgła. Ograniczenie widoczności gdzieś do 100 metrów.
Jechałem sobie w tę mgłę. I powiem tak: może i kierowcy mają fajne nowe bryki, orientują się w charakterystykach silników, wiedzą co oznaczają jakieś tam skróty, bawią się w konie mechaniczne, tjuningi, i wszystkie takie, czy inne głupoty... Co z tego, skoro okazuje się, że wielu z nich jest po prostu drogowym bałwanem i "przepisowym" nieukiem...
Są trzy rzeczy, które mnie w innych kierowcach od zawsze denerwują, wynikające zresztą po prostu ze złego wyedukowania takiego kierowcy:
1. Zielona strzałka w
LEWO, czyli warunkowe zezwolenie na skręt w lewo.
Przez dobrych parę lat codziennie jeżdżąc do pracy pokonywałem skrzyżowanie z taką strzałką. Skrzyżowanie bardzo sprawne, elegancko zorganizowane, dopóki nie znajdzie się cymbał, który nie wie, co taka strzałka oznacza. Co innego, gdyby była w prawo. Wtedy każdy ją zna i odruchowo wie, co na takim skrzyżowaniu trzeba zrobić. Ale w lewo, a to już insza inszość. Otóż co jakiś czas znajdywał się taki delikwent, który mając zielone światło zatrzymywał się, czekał aż się zapali czerwone i dopiero gdy zapalała się zielona strzałka przy tym czerwonym, ruszał. Oczywiście jakoś do głowy mu nie przychodziło wtedy, że w tym samym czasie zielone ma np. samochód z ulicy poprzecznej... Jaki efekt tego, że zawsze znajdzie się paru nieuków? Zamiast ich wyedukować kilkoma przykładnymi mandatami, zmieniono organizację ruchu na skrzyżowaniu
Goście nie mogą oglądać obrazków w postach. Zarejestruj się klikając tutaj aby uzyskać pełen dostęp do forum. Teraz jest oddzielna sygnalizacja dla skręcających w lewo, przez co kolizji nie ma, ale za to są korki.
2. Ilu kierowców wie, do czego służy kierunkowskaz?
Wydawałoby się, że jest to oczywiste: kierunkowskaz służy do poinformowania innych uczestników ruchu o
ZAMIARZE zmiany pasa, bądź kierunku jazdy. W szczególności przed skrzyżowaniem o zamiarze skrętu na tymże skrzyżowaniu. Po co? A no, żeby inni znając ten zamiar, mogli (oczywiście z marginesem na warunkowe zaufanie) w porę dostosować swoje zamiary odnośnie najbliższych metrów, czyli po prostu by wiedzieli co robić.
Ale nieee.... Ale nieee...
Otóż okazuje się, że spora część kierowców myśli, że kierunkowskaz służy do włączenia go, gdy się skręca. Ot tak. Przepis każe włączać, to ja skoro skręcam, to włączam. No i stoi taki baran na lewym pasie. Za nim kilka samochodów zamierzających jechać prosto, ale specjalnie nie zjeżdżających na prawy pas, by nie blokować tych, co by chcieli skorzystać z zielonej strzałki w prawo (sic!). Zielone światło się zapala i co? Ten pierwszy wjeżdża na skrzyżowanie i ... włącza kierunkowskaz w lewo... BO SKRĘCA!
3. No i punkt trzeci, którego apogeum mamy dziś w nocy w Warszawie: Ilu kierowców wie, do czego służą światła przeciwmgielne? W szczególności tylne?
Wydawałoby się, że jest to oczywiste: światła przeciwmgielne tylne służą do tego, by w warunkach ograniczonej widoczności (np. gęsta mgła, ulewa, widoczność ograniczona do 50 metrów) doświetlić tył pojazdu, by inne pojazdy jadące za nim mogły go wcześniej dostrzec i dostosować się do napotkanej sytuacji. Czyli tak jak w punkcie 2. jest to coś, co jest potrzebne innym kierowcom, a nie nam.
Ale nieee... Ale nieee...
Otóż okazuje się, że spora część kierowców myśli, że światła przeciwmgielne (zarówno przednie, jak i tylne) służą do tego, by je włączyć, gdy jest mgła, bądź pada deszcz. Ot tak. Jest mgła? Oczywiste jest, że trzeba włączyć światła przeciwmgielne! Trzeba walczyć z mgłą! No i włącza taki wyjeżdżając spod domu i wyłącza, jak do domu wróci... I rozumiem, że ma głęboko w poważaniu to, że kierowca jadący za nim już dawno go w tej mgle dostrzegł, jedzie 5 metrów za nim, widzi nie tylko te światła, ale i cały samochód. A gdy staną na światłach, to nawet widzi kolor oczu pasażera. Chodzi o pasażera tego samochodu z włączonymi światłami przeciwmgielnymi. Bo oczywiście kolor oczu naszego pasażera jest czerwony! Jak wszystko w naszym samochodzie, bo stoimy za samochodem, który świeci jak płonąca stodoła! Bo oczywiście zwykle stoi też na wdepniętym pedale hamulca, więc i stopy mu z tyłu płoną. Płonąca choinka. Dobrze, że do głowy mu nie przychodzi wrzucić wstecznego, bo jeszcze biała lampka do tego by się zapaliła...
Jeszcze pół biedy ze starymi samochodami, gdzie ta lampka przeciwmgielna często świeci na pół gwizdka. Ale dziś stałem za jakimś Chevroletem, z DWOMA OGROMNYMI REFLEKTORAMI PRZECIWMGIELNYMI. Nie dość, że nic nie widziałem przez to światło, to jeszcze niemal czułem gorąco bijące od tych świateł. Jakbym przy palnikach stał.
Przykro mi to mówić, ale takich baranów nieświadomych tego, że tymi światłami w ten sposób zamiast pomagać, przeszkadzają innym w widoczności na drodze, jest ogromna rzesza. W Warszawie wystarczy, że zaczyna kropić deszczyk, od razu wyłaniają się oświecone robale. Z przodu i z tyłu. (z przodu to też oddzielny temat, ale już nie mam sił pisać...)
Ręce opadają, jak niemyślących mamy kierowców...
No to się wyżaliłem. Idę spać.