My, Polacy mamy taką dziwną mentalność jezeli chodzi o samochody. Otóż istnieje dla nas taka magiczna bariera 200 000 km (nie wiadomo czemu) której nie wolno przekroczyć podczas zakupu "nowego" auta.
Jak sie okazuje, kupujemy czesto juz leciwe auta w dieslu, sprowadzone z zachodu, jezdzone przez dziadka lub kobiete, z wymytym silnikiem, skladane często z kilku innych aut (np maska z takiego samego auta o tym samym kolorze, co jest nie do wykrycia przez mierniki lakieru), wychuchane ze wszystkich stron z książką serwisową prowadzoną do samego konca (data produkcji książki 2008r ;D ) z przebieiem góra 180 000.
I co, po pewnym czasie udajemy sie do sklepu po linkę od sprzegła, sprzedawca wklepuje VIN i okazuje sie ze nasze auto ma automatyczną skrzynię biegów ;D (autentyczny przypadek ode mnie z pracy). O dziwo zaczyna sie wszysko sypac i to nie ekspoatacyjne elementy, lecz takie o których byśmy nawet nie pomyśleli.
Już nie wspomne o oplach z wysp, tzw. vauxhall - w Polsce robi sie przekładkę, zmienia loga i Kowalski kupuje cudowne auto za okazyjną cene z załatanymi plasteliną dziurami ;/
Polecam artykuł pt
SPOWIEDŹ HANDLARZA
__________________
Pilnować będziesz poziomu oleju w silniku, bo turbina Twa potrzebuje go niezmiernie, a wymiany oleju pilnować będziesz bardziej, niźli wierności kobiałki Twej. Lepsza bowiem niewierność małżeńska, niźli w dieslu Twoim malutka usterka