Się do debaty włączę a co. Przyznam, że nie podołałem przeczytać całości a tylko sporą część tego co sie tu znalazło.
Wnioski nachodzą mnie jakieś - niesamowite jak bardzo ludzie potrafią mieć odmienne zdanie na ten sam temat. I to nie temat rozpatrywania wyższości wina białego nad czerwonym a w temacie bardzo dokładnie opisanym i obwarowanym zakazami, nakazami w przepisach ruchu drogowego. Tak długo jak litera prawa nie będzie dla nas czarno-biała, jak długo będziemy opierać się na interpretacjach (mniej czy bardziej swobodnych) tak długo na drogach będzie panowało to co panuje.
Wszystko to spotęgowane naszą narodową zdolnością do bycia we wszystkim najelpszymi i najlepiej wiedzącymi (sami wiemy co nam dolega, znamy się na polityce, piłce nożnej, samochodach, lotnictwie (i wypadkach
Goście nie mogą oglądać obrazków w postach. Zarejestruj się klikając tutaj aby uzyskać pełen dostęp do forum. ), prawie czy pogodzie etc) i (co bardzo przykre) obumierającą sztuką czytania ze zrozumieniem, stanowi mieszankę której esencję znajdujemy w tych "podbramkowych" sytuacjach na drogach.
Osobiście należę do grupy chyba najgorszych możliwych na drogach - poruszam się samochodem, motocyklem i (pewnie co gorsza jeszcze) rowerem. Pieszym jestem w zasadzie sporadycznie. Z hipokryzją nie jest mi do twarzy a zatem nie mogę powiedzieć, że poruszam się zawsze przepisowo. Niemniej co muszę napisać - inaczej się nie da. Działa to mniej czy bardziej zgodnie ze starym porzekadłem o ptakach - między wronami musisz krakać jak i one. Będąc w otoczeniu całego tego zamieszania trzeba sie dopasować i stać się takim trybikiem - nie odstającym w jakąkowliek stronę. Bardzo przepisowo zostaniesz zauważony, bardzo nie przepisowo również. Trzeba trwać w takim balansowaniu "trochę na bakier z prawem".
Dotarło to do mnie stosunkowo niedawno. Chodziło oczywiście po głowie wcześniej. Czasami dało się zauważyć czy też bardziej nachodziło myśli po jakiś wakacjach za granicą, niemniej zawsze była to myśl odrzucana. Ostatnio było mi dane jednak trochę nawinąć km w Norwegii. Szybko przez odwiedzane przezemnie osoby zostałem poinstruowany, że mandat za 62 na 60 to już 200pln, że za 20+ można trafić do więzienia, że 4000pln grzywny za wyprzedzenie nie tam gdzie powinienem to wcale nie dużo itp itd. Że na równorzędnych skrzyżowaniach Ci z pierwszeństwem potrafią nawet nie zerknąć w Twoją stronę i że pieszy potrafi wleźć pod koła jeśli nie będziesz baczny na przejściu. Oczywiście trochę to przerysowane jednak całość poparta "niezbitymi dowodami" w postaci kolegi zmuszonego do powrotu na 3mce "urlopu" do Polski bo bez prawka pracować nie mógł. A na tyle mu zabrali za trzecie przekroczenie w tym samym miejscu. Wszystko to spowodowało, że poruszałem się tam jak nigdy wcześniej. Okazało się, że w kraju gdzie na autostradach (kwestia regionu etc) jest ograniczenie do 90km/h a większość standardowych szos przyozdobiona jest ograniczeniami do 60km/h czy 70km/h można przemieszczać się sprawnie i szybko (pomijając duże odległości - fizyki się nie oszuka). Że w mieście można sprawnie włączać się do ruchu, że jeśli wszyscy stosują się do przepisów to skrzyżowania są wydolne, że nie jest to takie złe...
Jako, że spędziłem tam chwilę pokonując trochę km pewne sprawy weszły może nie w nawyk ale przyzwyczajenie. I tak prędkości, ustępowanie etc toważyszyły mi jeszcze w drodze powrotnej. Brutalne spotkanie z rzeczywistością nastąpiło w chwili pierwszego wyjazdu do pracy a następnie poprzez jakieś centrum handlowe powrotu z niej. Nagle okazało się, że jadąc przepisowo nie jestem po prostu wyprzedzany przez jakis kilku "szybszych" a w zasadzie staję się zawalidrogą, którą trzeba otrąbić, pogestykulować czy nawet próbować "nauczyć właściwej jazdy" hamując przed. Przepuszczenie pieszego na niekierowanym światłami przejściu spowodowało, że niemal nie zmiotła mnie (i pieszego, który już wszedł) karetka jadąca za mną (nie na syglanle - po prostu jadąca) - i nie hamowałem gwałtownie czy jakoś niebezpiecznie bo po prostu delektowałem się pierwszą jazdą na moto po dłuższej przerwie. Zatrzymanie się przed skrzyżowaniem gdy widzałem, że z niego nie zjadę spowodowało, że zostałem wyprzedzony (w zasanie ominięty skoro stałem) przez auta, które nie chciały poczekać przed skrzyżowaniem. Ta niemal brutalna lekcja trwała dwa czy trzy pierwsze dni. Kilka przejazdów autem kilka na dwu kołach. Potem dotarło do mnie, że trzeba się dopasować i jeździć jak dawniej. Będzie to mniej stresujące i zapewne (jakkowliek by to głupio nie brzmiało) bezpieczniejsze.
Taki wywód mi się popełnić udało. Przepraszam za jego długość i dość kontrowejsyjne zdanie. Nie linczujcie proszę
Goście nie mogą oglądać obrazków w postach. Zarejestruj się klikając tutaj aby uzyskać pełen dostęp do forum.