Przygód kilka wróbla Ćwirka czyli jak się palą samochody.
Moje Renault właśnie się obraziło na właściciela, który kupuje S-Maxa i postanowiło dokonać samospalenia. Historia zaczęła się tak: trzy dni temu zauważyłem, że padło mi światło mijania w reflektorze. Jako, że wymieniałem opony na letnie to skorzystałem z okazji i poprosiłem o wymianę żarówki - w przypadku Megane jest to kosmiczny problem i właściwie da się zrobić tylko przy zdjęciu całego koła. Wymiana została dokonana. Dwa dni później w czasie podjeżdżania na stację benzynową poszedł dym spod maski a potem ogień. Próba gaszenia przy pomocy gaśnicy samochodowej zakończyła się zgodnie z przewidywaniami czyli niczym. Na szczęście do stacji było na tyle blisko, że zaalarmowane obsługa wyskoczyła ze "służbową" gaśnicą i zagasiła pojazd (chłopaki- właśnie [oprócz pewnej materialnej wdzięczności od piszącego] dzięki Wam Shell pozyskał wdzięcznego klienta).
Co się zapaliło? Ano sfajczył się właśnie reflektor gdzie była wymiana. Można się teraz zastanawiać:
- ktoś co spaprał w czasie wymiany
- żarówka ("firmowa" Norauto) dała "czadu").
Samochód stoi na parkingu pod warsztatem bo choć pewnie by pojechał to ślepy na jedno oko nie da rady...
Dodatkowa nauczka na przyszłość: kupić porządną gaśnicę i (może) koc gaśniczy. W tym konkretnym przypadku pewnie udałoby się płomień zdusić kocem...
No a, że na S-Max muszę poczekać to będę jeździć pożyczonym od rodziny...
|